A A A

Niebo

Spróbuję jeszcze raz. Melnibonéanin obrócił swą białą twarz ku niebu; zamknął oczy i wyprostował ramiona. Jego ciało wyprężyło się, gdy począł wymawiać słowa zaklęcia. Głos Elryka stawał się coraz donośniejszy, coraz bardziej przenikliwy, aż począł przypominać świst wiatru. Zapomniał, kim jest i gdzie się znajduje; w tym momencie nie pamiętał też o swych towarzyszach. Cały jego umysł skupił się na akcie przywoływania. Wysyłał swe wezwanie poza granice świata, aż jego słowa dotarły na tajemniczą płaszczyznę, którą zamieszkiwały żywioły, a wśród nich potężne istoty rządzące powietrzem: sylphowie mieszkający w bryzie, sharaahowie zarządzający sztormami oraz, najpotężniejsi ze wszystkich, h’Haarshannowie, wywołujący trąby powietrzne. Wreszcie niektórzy z nich zaczęli przybywać na wezwanie Elryka, gotowi mu służyć, podobnie jak na mocy starożytnego układu nieśli pomoc jego przodkom. Powoli żagiel począł wypełniać się wiatrem. Wręgi zaskrzypiały.